Poniższy tekst został znaleziony w brazylijskim podręczniku Książka dla Klasy Czwartej, wydanym ,,Nakładem Składnicy Oświatowej Zrzeszenia Nauczycielstwa Szkół Polskich w Brazylji” w Kurytybie w roku 1931. A więc sporo lat przed zakazaniem przez Getúlio Vargas szkół obcojęzycznych w Brazylii.

Autorem zbiorku tekstów był Konstanty Lech. Nie wiadomo czy tytuł tekstu Kornela Makuszyńskiego był wybrany przez autora czy też przez kompilatora. Nie można także powiedzieć czy oryginalnie tekst stanowił część jakiejś większej całości.

Humor w 1920 r.

Ach, to było nadzwyczajne!

Bolszewicy byli pod Warszawą, a myśmy się śmiali. Kto to my? My, to znaczy literaci, ci, co piszą książki, układają piosenki i wiersze.

Śmialiśmy się z wielu powodów, my, pisarze: przedewszystkiem dlatego, żeśmy wiedzieli, że polski żołnierz pozwoli się bić dość długo, ale nie zanadto, że kiedyś będzie miał tej zabawy dość i wreszcie odwróci się i, jak trzaśnie w pysk, tak wszelkie tałatajstwo od Warszawy odleci. Tak się też stało. A powtóre, śmialiśmy się dlatego, że nam kazali. Zgłosiliśmy się do armji, jak wszyscy porządni ludzie, tylko, że z każdym człowiekiem można w armji coś zrobić, ale z pisarza i poety najlepszy podoficer nic nie zrobi. Konia można nauczyć rachunków, fokę można nauczyć gry na trąbie, ale z poety wielkiego wojownika nie zrobisz. Lepiej, żeby już sam karabin strzelał, oparty o płot, bo może jednak kiedyś w coś trafi, ale jak z niego będzie strzelał taki, co książki pisze, to szkoda naboju, bo albo siebie, małpa jedna, postrzeli, albo niebo.

Ponieważ jednak chcieliśmy koniecznie walczyć, coś trzeba było z nami zrobić. Ale co?

Jeden był niezawodny sposób wyzyskania naszych rycerskich uzdolnień: trzeba było złożyć kompanję z samych poetów i wysłać ją na front; ilu bolszewików umarłoby na nasz widok ze śmiechu, to jeden Pan Bóg wie! Nie chciano tego zrobić – szkoda.

Niewiadomo było, co z nami zrobić, ale mądrzy ludzie w sztabie zawsze jednak coś wymyślą. Pomysł, abyśmy dla prawdziwych żołnierzy obierali kartofle, nie dał się utrzymać, nie można bowiem było zaręczyć, czy taki roztargniony powieściopisarz nie wyrzuci obranych kartofli, a nie zgotuje łupin. Powiedzeli nam tedy tak:

– Jesteście, panowie, wielkimi bohaterami i najlepszymi żołnierzami na świecie. To też nie chcielibyśmy takich znakomitych żołnierzy wystawiać na niebezpieczeństwo. Więc już lepiej zróbmy tak: niech już tam na froncie walczą inni, a wy dla nich piszcie wierszyki, piosenki i poślijcie im na front trochę wesołości, bo im tam w ziemiankach trochę smutno. Żołnierz zaś, prawdziwy żołnierz, może nie spać, może nie dojeść, ale śmiać się musi. Wy umiecie robić rozmaite kawały i figle, to też je róbcie. Strzelajcie z pióra, bo karabiny nam potrzebne. Zrozumiano?

– Rrrrrozkaz, panie generale! – krzyknęli literaci.

I oto w ten sposób zaczęliśmy się śmiać, choć bolszewicy byli pod Warszawą! Właściwie z tym śmiechem wyglądaliśmy tak, jakoby się wgłos zaśmiewał ktoś, komu właśnie wycinają ślepą kiszkę, albo wyrywają trzonowy ząb powoli i na raty, aby przyjemność dłużej trwała.

 

K o r n e l   M a k u s z y ń s k i

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *