Jadwiga o Uli.

Dwie ciemnowłose trzynastolatki chichocząc i szepcząc wzajemnie – bez końca odprowadzają się do domu. Tego dnia jak zawsze od rana spędziły ze sobą cały dzień: do południa w szkole, po lekcjach w klubie akrobatycznym, gdzie zręczniejsza Ula czyniła zadziwiające Jadzię postępy w ćwiczeniach gimnastycznych. Popołudniem może były w kinie, a najpewniej po odrobieniu lekcji przechichotały w domu Uli słuchając równocześnie skrzypiących płyt na starym gramofonie.

Stałym elementem tych popołudni była muzyka, która towarzyszyła nam we wszystkich zabawach. Ula miała genialną muzyczną pamięć i odtwarzała na pianinie wszystkie zasłyszane wcześniej melodie, czasem też ilustrowała relacjonowane zdarzenie własną improwizacją muzyczną. Właściwie już wówczas, gdy poznałyśmy się Ula w moich zachwyconych jej talentem oczach wcale nie potrzebowała żadnej szkoły muzycznej, wszak grała! Zapisano ją jednak do zielonogórskiej szkoły muzycznej, była jednak tak genialna w odtwarzaniu zasłyszanych dźwięków, że nawet zadawane ćwiczenia w szkole muzycznej umiała zagrać z pamięci po usłyszeniu demonstracji ćwiczenia przez nauczycielkę. Po kilku miesiącach nauki w szkole muzycznej odkryto, że nie umie czytać nut i wylali ją ze szkoły! No, tak Żeromski też nie zdał matury!

Za oknami szarzeje, zapada zmierzch, trzeba iść do domu, zaczynamy codzienny rytuał odprowadzania: 346, 347, 348, 349, 350 krok. Który to już raz tego wieczoru precyzyjnie odliczamy połowę dystansu dzielącego nasze domy? Trzeci, a może czwarty. Jak zawsze trudno nam się rozstać, rozstrzygamy, bowiem niezwykle istotny problem czy Jurek na pewno zwrócił na mnie uwagę, czy Zbyszek naprawdę kocha tak mocno jak mówi, czy iść jutro do kina z Januszem, a może tym razem z Piotrem? Nie tylko takie sprawy zaprzątały naszą uwagę, nader często dzieliłyśmy się marzeniami o przyszłości i ku mojemu zaniepokojeniu Ula zawsze twierdziła, że będzie śpiewać. Martwiłam się poważnie takimi planami, bowiem zawód piosenkarki w mojej ocenie, osoby poważnie podchodzącej do życia nie był zawodem pewnym. Z dużą troską radziłam mojej przyjaciółce by może pomyślała o jakimś poważniejszym zajęciu w przyszłości, która wówczas dla nas nastolatek wydawała się odległa o lata świetlne. Przed nami były trudy nauki szkolnej i cudowna przygoda z Makusynami!

Wcześniej obie byłyśmy w żeńskiej drużynie harcerek, z którą pojechałyśmy na obóz nad Kwisą w lecie 1958 roku. Obozowe dni urozmaicała nam deszczowa pogoda, dzięki której po gliniastym stoku gdzie zlokalizowano obóz zjeżdżałyśmy prawie do koryta Kwisy. Deszcze lały równo, od czasu do czasu zdarzała się burza z piorunami, podczas której piorun walnął w namiot w sąsiednim podobozie, a namioty mieliśmy z wojskowego demobilu – przeciekające. Te zdarzenia pogłębiły jedynie naszą fascynację przygodą harcerską. Deszczowy lipiec zakończył się ewakuacją całego obozu z powodu wylania Kwisy. Radość z tych przeżyć była tak euforyczna, że wpadła w oczy paru chłopakom, którzy w jesieni zaproponowali nam przejście do ich istniejącej już, od co najmniej roku drużyny kolarskiej im. Kornela Makuszyńskiego. W ten sposób wraz z Lilą, Danusią, Ireną spotkałyśmy się 26 października 1958 roku na pierwszej wspólnej zbiórce w drużynie Makusynów!

Furtka do ogródka będąca znakiem połowy drogi między naszymi domami przy ulicy Dąbrowskiego w Zielonej Górze była świadkiem wielu rozmów na temat naszej nowej przygody. W tej radości towarzyszyli nam też moi i Uli rodzice. Obie rodziny doskonale wiedziały, że Makusyny to znakomite miejsce dla kipiących energią nastolatek. W drużynie Ula oczywiście przede wszystkim grała na wszelkich dostępnych instrumentach przez perkusję, gitarę, organki po pianino, na którym kilka lat wcześniej krótko doskonaliła umiejętność gry w zielonogórskiej szkole muzycznej. Ta jej niezwykła umiejętność była dla mnie nie do pojęcia, zupełnie nie mogłam zrozumieć skąd ona wie, w który klawisz uderzyć by z kaskady dźwięków wydobyła się określona melodia. Zupełnie też nie rozumiałam jej fascynacji jazzem, tej „prymitywnej muzyki Murzynów amerykańskich”. Wychowane wszak byłyśmy na kapeli Dzierżanowskiego i melodiach ludowych, a Ula grała improwizacje jazzowe na szkolnym pianinie nawet w czasach, gdy mogło to spowodować poważne konsekwencje dyscyplinarne.

Grała na taborecie (zamiast niedostępnej tam perkusji) i śpiewała też w toalecie szkolnej na makusyńskim zimowisku w Sobieszewie chwaląc bardzo akustykę i specyficzny pogłos tego miejsca. Pełna radości, spontaniczna nastolatka. Miałyśmy wspólny problem związany z urodą naszych kręconych włosów, które nie dawały się okiełznać w modną fryzurę a’la Marina Vlady. Fryzury Mariny z „Czarodziejki” nie mogłyśmy uzyskać, za to przepiękny motyw muzyczny z tego filmu Ula grała już po pierwszym seansie.

Cieszę się, że po tylu latach od czasu tamtej naszej serdecznej nastolatkowej przyjaźni mogę napisać o Uli wyłącznie w ciepłym tonie. Łączyła nas głęboka zażyłość i nigdy żadna z nas nie zawiodła się na drugiej. Zwierzałyśmy się wzajemnie z pierwszych zadurzeń, wspierałyśmy się w chwilach smutnych, razem próbowałyśmy pokonać „wyboje” ósmej klasy. Ula miała wówczas nieco mniej szczęścia i maturę zdała rok po mnie. Dziś z rozrzewnieniem wspominam tamtą rozwichrzoną nastolatkę i dumna jestem, gdy mogę powiedzieć, że byłyśmy przyjaciółkami.

Dziękuję Ci Uleńko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *